Dzień 3. Y jak Yummy, Yummy! Na nic mądrzejszego niestety nie wpadliśmy. Dobiegliśmy do litery “Y” i przez swoją zaplanowaną wcześniej konsekwencję w tytułowaniu kolejnych relacji, mamy teraz za swoje. “Yummy” to z języka angielskiego “przepyszny”. My natomiast posłużymy się tłumaczeniem potoczonym, czyli “Mniam, mniam!”. O jedzeniu zatem będzie. Biegniemy coś przekąsić!
(Tytuł alternatywny, który dla tego wpisu mocno rozważaliśmy to “Yyy…, gdzie ja jestem….”, o czym za chwilę, w kilku zdaniach, kilka wersów niżej). 

Noc z “Z” na “Y” po małych zawirowaniach we wcześniej zaplanowanym miejscu, rzutem na taśmę spędziliśmy w pokojach bardzo gościnnych przy Parku Rozrywki BARTBO w Butrynach. Jest tam absolutnie wszystko; tory przeszkód, quady, park linowy i wiele innych atrakcji dla małych i dużych dzieci (z mężami i żonami co bojówki  noszą włącznie). Do 6-go czerwca w tymże parku odbywa się Festiwal Dmuchańców, więc warto tam dotrzeć z najmłodszymi pociechami. Atrakcji moc! Szczegóły na https://park-bartbo.pl/

Wrota Warmii w Bałdach – tu zaplanowaliśmy start trasy “Y”. Takich miejsc nie powinniśmy oceniać w kategoriach atrakcyjności, a przede wszystkim ważności i symboliki. Będąc w okolicy po prostu trzeba tam być.  Na tablicach informacyjnych jest mnóstwo niezwykle interesujących informacji o historii tej krainy. Poza tym zupełnie za darmo można jednym, dużym krokiem przenieść się z Warmii na Mazury. Polecamy.

Plan na dziś; około 10:00 odstawiam żonę Beatę na start, pędzę do Nowej Kaletki do szwagierki po kuzynie zostawić naszego obłędnego PT Cruisera do przetransportowania na miejsce mety, wskakuję na rower i na około 5 kilometrze doganiam szanowną małżonkę celem dokończenia 26 kilometrowej trasy “Y”.
Realizacja: około 10:00 odstawiam żonę Beatę na start, pędzę do Nowej Kaletki do szwagierki po kuzynie zostawić naszego obłędnego PT Cruisera do przetransportowania na miejsce mety, wskakuję na rower i … gubię się w lesie… Jak dziecko we mgle. Z nawigacją w ręku i brakiem zasięgu, z osobistą konfiguracją trasy i znaniem jej praktycznie na pamięć! ( oczywiście w wersji palcem po mapie/kursorem na komputerze). Jaka wtopa! Co ja teraz kumplom powiem?! Co teściom nakłamię?! Żona sama w lesie, ja sam w lesie ( na babskim, różowym rowerze!). Wstyd na całe Warmińsko-Mazurskie!

Moja Żaglówka w tym czasie beznamiętnie podążała kursem wyznaczonym wcześniej przez swojego sternika (oczywiście bez patentu…)

Trzeźwość myśli i orientację w terenie odzyskałem po przeoraniu dodatkowych 30km. Z tym przeoraniem to tak całkiem dosłownie. Byłem tam, gdzie Harvester John’a Deer’a po dorodne gałązki pewnie bałby się wjechać. Stałem tam, gdzie łosie stają i… Ostatecznie szanowną małżonkę dopadłem na 15-stym kilometrze naszego “igreka”, a na osobistą karę wyznaczyłem sobie zdecydowanie szybszy niż zwykle bieg do mety w Dłużku, który to niezwykle uroczym miejscem jest. I tylko w głowie pozostało pytanie “..a teraz powiedz Osior, co poszło nie tak?…”.

O jedzeniu przecież, a nie wstydliwym samospaleniu miało być. Zapraszamy zatem do Gospody Warmińskiej w Butrynach ! 
Trafiliśmy tam na obiadokolację po trasie “Z”. Już na wejściu nasza uwaga skupiła się na biegających po gospodzie, niezwykle energicznych i niezwykle sympatycznych paniach kelnerkach. Pani Nikola pochwaliła nam się, że ma nabiegane już prawie 20 tysięcy kroków! 

Zamówiliśmy:
– Kapuśniak
– Karmuszkę
– Smażone fileciki z okonia z opiekanymi ziemniakami i zestawem surówek
– Gulasz wołowy z kluskami śląskimi i zestawem surówek
– dwa ciasta lodowe
– dwie kawusie 🙂 
Deficyt kaloryczny mieliśmy tak duży, że po wyśmienitych zupach i sali pełnej ludzi, oczekiwanie na drugie danie postanowiliśmy umilić sobie kawą i ciastem lodowym (bo kto zmęczonym zabroni!).

Rozumiemy, że na dobre trzeba czasami cierpliwie poczekać. Oczywiście domyślacie się, że było warto. Fileciki z okonia i gulasz wołowy skradły nasze podniebienia. Blogerów kulinarnych udawać nie mamy zamiaru, ale do Gospody Warmińskiej po prostu musicie kiedyś trafić. Właścicielom natomiast gratulujemy fantastycznego zespołu kelnerek, który bez wątpienia jest dużą wartością tego klimatycznego miejsca.

Przenosimy się nad brzeg Jeziora Omulew. 

Port Jabłonka to świeży, rodzinny biznes Państwa Wróblewskich, a my za rodzinne interesy zawsze trzymamy kciuki. Zupa rybna, zupa pomidorowa, sznycel i kotlet pożarty. To znaczy pożarski… 

Nie dajcie zwieść się być może nieco skromnym widokiem “od ulicy”, bo serce tego miejsca schowane jest w ogrodzie. Objeżdżając rowerem Jezioro  Omulew  nie zapomnijcie zajechać  tam  na  dużego, pożartego…  Oczywiście  karta  menu  jest  znacznie  bogatsza,  ale głodny wilk zawsze wybiera największą owcę w stadzie 😉   

Na dzisiaj tyle. Najedzeni do syta zbieramy siły na kolejne litery. Hej!