Dzień 10. U jak Ucieczka. Z miasta na mazurską wieś. W jakim celu? A no po to, żeby inni z miasta mieli gdzie uciec na wieś. Rozumiecie, prawda? Dzisiejsze 31 kilometrów dedykujemy żubrom, dzikom i miejskim dywersantom, którzy z życia na skraju Puszczy Boreckiej postanowili uczynić biznes. Może i całkiem dochodowy, ale znacznie trudniejszy niż wszystkim syczącym i jakże zazdrosnym padalcom, na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło.

Ucieczkę rozpoczynamy z Zagrody Żubrów Wolisko, którą określić należałoby jako centrum Puszczy Boreckiej. Mimo iż leży w jej południowo-zachodniej części. Doceniamy takie miejsca z kilku względów. To świetny punkt obserwacyjno-edukacyjny, a dodatkowo całkiem kompletna jak na puszczańskie warunki infrastruktura, ułatwiająca dalszą eksplorację. Oficjalny, legalny parking z oficjalnym, legalnym dojazdem. Do tego przyjemna, zadaszona wiata, miejsce na ognisko i wc. Warto zwrócić uwagę na dość nietypowe godziny otwarcia zagrody; od 09:00 do 11:00, następnie od 16:00 do 18:00. Jeżeli za nielegalne parkowanie w lesie nie lubicie płacić zielonych czeków o wartości nawet kilkuset złotych, to przed wyruszeniem w puszczę samochód proponujemy zostawić właśnie tam. 

W Ucieczce towarzyszy nam para uroczych dzików; triathlonowy Odyniec Kuba ze swoją dorodną Lochą Beatą. W życiu nie odważylibyśmy się użyć tych określeń w stosunku do obcych osób. Jednak w tym przypadku wiemy, że możemy. Mało tego. Powinno to być odebrane jako komplement. Wszak Beata to wychowana w puszczy córka leśniczego Józefa, a prywatnie przyjaciółka od kawy, wspólnych treningów i spacerów z psami. Kuba natomiast to cholernie silny i cholernie wytrzymały ichtiolog z miejskimi naleciałościami, który jak nikt docenia uroki życia na wsi w kontekście trenowania triathlonu (szósty zawodnik Mistrzostw Polski IRONMAN A.D. 2019. ). Stanowisko Kuby w pełni podzielamy. Gmina Wydminy to absolutny raj dla miłośników biegania, pływania i jazdy na rowerze! Towarzystwo Beaty i Kuby to nasze pierwsze i (jak się później okaże) ostatnie wsparcie w naszej literowej dwunastoetapówce. Dzięki raz jeszcze Dziczki !!!

Z Woliska, fragmentem trasy biegu Borecka Łękuk Trail, kierujemy się na Folwark Łękuk, do którego za około dwie-trzy godziny powinniśmy wrócić na noc. Przyznajcie, że z lotu żurawia prezentuje się imponująco. Ale lećmy dalej.

Mijamy dużą wieś Orłowo i wbiegamy do niewielkiej wsi Gajrowskie. Na jej końcu, pochodzący ze Śląska Tadeusz Łukaszczuk kilkanaście lat temu odnalazł swój mazurski raj. I biznes. Stajnia Gajrowskie to adres, który na pewno warto zapamiętać. Na samego Tadzia trzeba trochę uważać. Jego wiedza i opowieści na temat historii Mazur i Puszczy Boreckiej już niejednego autochtona wyrwały z siodła… 

Z Gajrowskich dzikim galopem po szutrowym dukcie podążamy do Jelonka. Przebiegamy mostkiem nad uroczo meandrującą Łaźną Strugą, którą to matka natura kilka chwil temu stworzyła specjalnie na potrzeby niskoemisyjnych spływów kajakowych. Również w wersji  ZIMOWEJ.

No dobra, a gdzie teraz…???

Ciekawe co autor miał na myśli??? Czyżby te drogowskazy zrobione z prowadnic pił motorowych miały być jakimś ekologicznym manifestem w obronie Puszczy Boreckiej? Mamy nadzieję, że tak…

Kierujemy się na wieś Mazury. Sama górnolotna nazwa, mówiąc bez ogródek, w przydziale powinna przypaść komuś innemu. Owszem, przyjemne miejsce, ale mamy wrażenie, że przy dobrym pomyśle i adekwatnym do tego nakładzie pracy, dałoby się z tej lokalizacji i przede wszystkim nazwy wyciągnąć znacznie więcej. Będziemy podglądać i kibicować. 
W takim razie może Szwałk, 3 w 1 ??? Wieś, jezioro i  Siedlisko Szwałk

Nie trudno domyśleć się, że kilka dekad temu w tym pięknym budynku mieściła się szkoła. Teraz to przede wszystkim dom Agnieszki i Michała. To kolejne osoby napotkane na naszej biegowej drodze, którym w miejskiej koszuli przestało być wygodnie. My decyzji, zapału i pomysłu oczywiście gratulujemy i do Siedliska Szwałk z pełną odpowiedzialnością Was kierujemy. Również ze swoimi czworonogami, co w tej lokalizacji nie dość, że jest akceptowalne, to jeszcze mile widziane. 

Naszą stosunkowo mało skomplikowaną Ucieczkę kończymy w Czerwonym Dworze. Lokalna wieść niesie, że po usunięciu pewnej tablicy z pewnego pomnika w położonym nieopodal Leśnym Zakątku, ów Dwór już tak mocno czerwony nie jest…

Plan na resztę dnia jest taki; szybkie schłodzenie w Jeziorze Szwałk Wielki, następnie błyskawiczna teleportacja do Folwarku Łękuk na zasłużoną regenerację i zapewne jakąś zacną strawę.

Mix pierogów, sałatka z okonkami, a do pysznej kawy z mlekiem sojowym lektura Made in Warmia i Mazury. Deficyt kaloryczny i dług kofeinowy zaspokojone. W tym miejscu następuje codzienny, bardzo sprawiedliwy podział obowiązków. Ona: spacer po ogrodzie i podziwianie zachodu słońca z łękuckiego tarasu…

On: próba zaplanowania jutrzejszej trasy “R” tak, żeby jakkolwiek przebieżna była i jednocześnie przypadła do gustu właścicielowi hotelu. Krzysztof to perfekcjonista w każdym calu, znakomity strateg i analityk, a w nadmiarze wolnego czasu (którego nie ma) autor bloga http://mazurower.net/.  Moje heroiczne, kilkugodzinne kreślenie “R” w niezwykle trudnym terenie między Puszczą Borecką, a Szeską Górą, podsumował jednym zdaniem; “jakieś dziwne te twoje “R” Bartek…” Nie ma jak to jeden ambitny, drugiemu ambitnemu na ambicje wjedzie…

W folwarcznym holu na bardzo szczegółowej i pomocnej mapie przestudiowaliśmy całość raz jeszcze, nanosząc wspólnie kilka poprawek.

O tym dokąd poRwała nas tRudna tRasa “R” napiszemy w kolejnej odsłonie. 
Pozwólcie tymczasem, że udamy się do Apartamentu Nadleśniczego naładować coraz mocniej zużyte akumulatory…